Kiedy masz w ręku format, który obejrzały setki milionów ludzi, robisz jedno: kręcisz go dalej, najlepiej bez końca. Tak działa logika sukcesu w internecie. Ken Block zrobił coś dokładnie odwrotnego.
Gymkhana była dopracowaną maszyną — jeden człowiek, jedno auto, jedno opanowane do ostatniego centymetra miejsce. Lotnisko. Miasto. Tor przeszkód. Block mógł kręcić takie filmy latami, a widzowie i sponsorzy braliby kolejne odsłony bez mrugnięcia okiem. Ale gdzieś po drodze stało się coś, co mnie w tej historii fascynuje najbardziej: zamiast powtarzać to, co działało, Block zaczął od tego uciekać. Wywiózł swój pomysł tam, gdzie kończy się asfalt — w góry, na pustynię, a w końcu w świat, w którym silnik w ogóle przestaje ryczeć.
Z tej ucieczki narodziły się trzy osobne serie. Climbkhana zabrała drifting na śmiertelnie niebezpieczne górskie serpentyny. Terrakhana zrzuciła go z utwardzonej drogi prosto w pustynny piach. A Electrikhana posadziła Blocka za kierownicą elektrycznego prototypu i kazała mu udowodnić, że da się odebrać widzowi oddech nawet w niemal całkowitej ciszy. To nie były spin-offy nakręcone dla zapełnienia kanału — to były trzy odpowiedzi na jedno pytanie: co jeszcze da się zrobić z tym pomysłem?
Zebrałem je tu wszystkie — pięć filmów z trzech serii. Bez rankingu tym razem, bo nie o ściganie się tu chodzi. Chodzi o pokazanie, jak daleko jeden koncept potrafi zajść, jeśli twórca nie boi się go zepsuć.
Lato 2017 — kiedy skończył się asfalt
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak gęsty był dla Blocka rok 2017. W odstępie zaledwie miesiąca wypuścił dwie produkcje, które na zawsze wyrwały Gymkhanę z miasta: w sierpniu pustynną Terrakhanę, a we wrześniu górską Climbkhanę. To nie był przypadek ani kaprys — to był moment, w którym Block świadomie przestał pytać „jak opanować to miejsce?” i zaczął pytać „gdzie jeszcze mnie ten samochód zaniesie?”.
I to jest klucz do zrozumienia wszystkiego, co przyszło później. Gymkhana była o panowaniu. Te trzy serie są o pokonywaniu — grawitacji, wysokości, piachu, w końcu samej fizyki napędu elektrycznego.
Climbkhana — kiedy poślizg może kosztować życie

Climbkhana #1: Pikes Peak (2017)
Pierwsza Climbkhana zabrała widzów na Pikes Peak w Kolorado — słynną „wspinaczkę ku chmurom”, jeden z najstarszych nieprzerwanie rozgrywanych wyścigów w Ameryce, i, co ciekawe, jedno z pierwszych miejsc, w których Block w ogóle ścigał się na początku kariery. Tu nie chodziło już o efektowny pokaz — tu każdy poślizg odbywał się centymetry od urwiska, z którego nie ma powrotu. Szczyt wznosi się na ponad 4300 metrów, a rozrzedzone powietrze dławi silnik tak, że trzeba było wytoczyć najcięższą broń: Hoonicorna V2 na 1400 koniach pędzonych metanolem.
Block sam mówił, że ta produkcja była hołdem dla kultowego filmu „Climb Dance” z 1988 roku — dokumentu, w którym Ari Vatanen wspina się Peugeotem 405 na ten sam szczyt po szutrowej wówczas trasie. W 2017 roku asfalt pokrywał już całą drogę, co pozwoliło Blockowi na rzeczy, o jakich Vatanen nie mógłby marzyć. Jest tu scena „testu hamulców” tuż nad krawędzią przepaści. Jest przejazd przez słynny „Evo Corner” — zakręt, który pochłonął niejednego kierowcę. To jest moment, w którym ogląda się z dłonią przy ustach, a serce podchodzi do gardła. Dla mnie Climbkhana #1 to chwila, w której seria „khana” przestała być rozrywką, a stała się czymś bliższym sztuce balansowania na granicy.
I tu trzeba dopowiedzieć historię, która domyka temat Pikes Peak. Block marzył, żeby zdobyć ten szczyt naprawdę — nie w filmie, lecz w prawdziwym wyścigu na czas. W 2022 roku zbudował do tego monstrualną maszynę: Porsche 911 ochrzczone „Hoonipigasusem”, w różowym malowaniu nawiązującym do legendarnej „Pink Pig” z Le Mans. Silnik zawiódł na testach i Block nie wystartował. Rok później, latem 2023, już po jego śmierci, za kierownicą tego samego auta na Pikes Peak usiadła jego córka — szesnastoletnia Lia Block — i pokonała górę w hołdzie ojcu. Ale to już historia na zupełnie inny wpis.
Climbkhana #2: Tianmen Mountain, Chiny (2019)
Skoro Pikes Peak się udało, trzeba było znaleźć coś jeszcze gorszego — i Block znalazł. Góra Tianmen w chińskiej prowincji Hunan, droga uznawana za jedną z najniebezpieczniejszych na świecie, w parku, który zainspirował scenerię „Avatara”. Dziesięć kilometrów serpentyny, dokładnie 99 zakrętów nawrotowych i zero bariery, która zatrzymałaby auto przed lotem w przepaść.
Do tego zadania wyznaczono Hoonitrucka — tę samą ciężarówkę F-150 z silnikiem z Forda GT Le Mans, którą znacie z finału Gymkhany 10. I tu pojawia się przewrotność tego wyboru: prawie pięciometrowy, niezgrabny pickup na drodze, gdzie każdy centymetr jest na wagę życia. Block operował nim często centymetry od cementowej bariery albo krawędzi urwiska. Za kulisami było jeszcze ciekawiej — bariera językowa rodziła nieporozumienia przy ustaleniach bezpieczeństwa, a w jednej z prób szeroki tylny spojler uderzył w mijane drzewo. Mój ulubiony szczegół: wynajęty statysta w kostiumie pandy autentycznie spanikował, widząc, jak pędzi wokół niego dwutonowa maszyna ziejąca ogniem z bocznych rur wydechowych. Trudno mu się dziwić.
Tianmen jest, czysto wizualnie, jednym z najpiękniejszych dzieł w całym dorobku Hoonigana. Mgła, skalne formacje, słynna brama „Heaven’s Gate” — to wszystko nadaje filmowi nastrój, jakiego nie miała żadna miejska Gymkhana.
Terrakhana — Gymkhana, która zeszła z drogi
Terrakhana: The Ultimate Dirt Playground (2017)
Terrakhana jest w tej trójce trochę osobna — i to jej zaleta. Podczas gdy Climbkhana i Electrikhana to wielkie, produkcyjne przedsięwzięcia, Terrakhana ma w sobie coś z luzu pierwszej Gymkhany z lotniska. Block po prostu pojechał w jedno ze swoich ulubionych miejsc na świecie — pustynne Swing Arm City w stanie Utah, niedaleko własnego domu — i zaczął się bawić.
Tym razem zamiast asfaltu były wydmy, strome piaszczyste klify i jedne z największych naturalnych skoczni, jakie można znaleźć. Autem była znajoma już Fiesta ST RX43, ponad 600 koni, ta sama, która jeździła po Dubaju i torach Rallycrossu. Block freestyle’ował przez pustynię — skakał, ślizgał się, rzucał autem po zboczach, których normalnie żaden samochód nie tknie. Jest tam jedno wzniesienie, które ekipa nazwała „knife edge” — krawędź ostra jak nóż. Block powiedział o niej wprost: gdyby zjechał z tylnej strony, czekałby go stumetrowy lot w dół, na pewną śmierć. „Fajnie było zrobić to w rajdowym stylu — normalnie nie zobaczysz tam auta”, skwitował. Cały Block w jednym zdaniu.
Oglądając Terrakhanę niemal czuje się piach w zębach. To nie jest najbardziej spektakularny film z całej stawki, ale ma w sobie szczerość, której czasem brakowało wypasionym produkcjom miejskim. Czysta radość jazdy tam, gdzie nikt nie każe Ci się ścigać.
Electrikhana — czy potwór bez ryku to wciąż potwór?
Electrikhana #1: High Stakes Playground, Las Vegas (2022)
Po latach z Fordem Block związał się z Audi — i dostał zadanie, które na pierwszy rzut oka brzmiało jak herezja: wypromować auta elektryczne w świecie, który kocha ryk spalinowego silnika. Bo umówmy się — auta elektryczne raczej nie kojarzą się (jeszcze) z ekstremalnym motorsportem, prawda? Audi podeszło do tematu z rozmachem i zbudowało prototyp marzeń: Audi S1 e-tron quattro „Hoonitron”, nawiązujący wyglądem do skrzydlatego, kultowego S1 Pikes Peak z 1987 roku.



Pierwsza Electrikhana powstała na nocnych ulicach Las Vegas. I tu muszę być szczery — to film, do którego mam najbardziej mieszany stosunek z całej stawki. Z jednej strony precyzja jazdy jest oszałamiająca, a sam Hoonitron to inżynieryjny cud. Z drugiej — brakuje mi tego ryku, tej wibracji, tego brutalnego dźwięku, który był połową emocji w każdej Gymkhanie. Block odkrył przy okazji, że napęd elektryczny rozpędza koła od 25 do ponad 190 km/h w mgnieniu oka, przy lekkim muśnięciu gazu — auto było niemal nie do opanowania. To zresztą stało się punktem wyjścia do części drugiej.
Electrikhana #2: The Mexico City Sessions (2022, premiera 2023)
I tu robi się gorzko, bo druga Electrikhana to ostatni film, jaki Ken Block nakręcił. Zarejestrowano go w listopadzie 2022 roku w Mexico City. Niewiele później, 2 stycznia 2023 roku, Block zginął w wypadku na skuterze śnieżnym. Film odłożono na półkę i wypuszczono dopiero 6 grudnia 2023 roku — jako pożegnanie.
Technicznie to skok naprzód względem Las Vegas. Audi rozwiązało problem niesterowności, programując „symulowane biegi” obsługiwane łopatkami przy kierownicy — cyfrową skrzynię, która oddawała Blockowi kontrolę nad poślizgiem. Doszły rzeczy możliwe tylko w aucie elektrycznym: burnout z miejsca na wszystkich czterech kołach, błyskawiczne przełączanie z napędu 4×4 na tylny, a nawet wrzucanie wstecznego przy dowolnej prędkości. Block wykorzystał to wszystko w mieście, które samo w sobie jest bohaterem filmu — start z Plaza de Toros, największej areny corridy na świecie, drifty wokół futurystycznego Museo Soumaya, finał na lotnisku Benito Juárez. Jest nawet ukłon w stronę lokalnej sceny — mignięcie obok JUCA, jednego z największych meksykańskich twórców motoryzacyjnych.
A potem przychodzą napisy końcowe — hołd dla wszystkich poprzednich filmów Gymkhany, dymiące pożegnanie człowieka, który sprawił, że filmy o autach stały się viralami. Ciężko ogląda się ten film, wiedząc, że to już ostatni raz. Ale jest w nim coś pięknego: Block do końca robił dokładnie to, co kochał, i do końca próbował czegoś nowego. Nie odszedł, powtarzając stare sztuczki. Odszedł, ucząc elektrycznego potwora palić gumę.
Jeden pomysł, cztery żywioły
Patrząc na te trzy serie razem, widzę coś, czego nie dało się dostrzec, gdy oglądało się je pojedynczo, rok po roku. Block wziął jeden pomysł — bliski, surowy, namacalny film o aucie rzucanym bokiem — i przeprowadził go przez wszystkie możliwe żywioły. Miasto i lotnisko to była Gymkhana. Potem przyszła góra, przyszedł piach, przyszedł prąd. Asfalt, skała, pustynia, elektryczność.
Najciekawsze jest to, że ani razu nie poszedł na łatwiznę powtórki. Mógł kręcić Gymkhanę 11, 12, 15. Zamiast tego za każdym razem stawiał sobie poprzeczkę tam, gdzie większość ludzi widziałaby już tylko ścianę. I właśnie dlatego, choć Kena nie ma z nami od 2023 roku, te filmy wciąż się ogląda — nie jako relikty, ale jako dowód, że dobry pomysł nie ma sufitu, jeśli tylko ma się odwagę go nieustannie psuć.
* fotografia tytułowa pochodzi z zasobów Hoonigan Media.
