Są filmy które ogląda się raz. I są takie do których wraca się po roku, po dwóch, po pięciu latach — i za każdym razem wychodzi się z tego samego miejsca. Z tym dziwnym uczuciem w żołądku, jakby się przed chwilą samemu siedziało za kierownicą. Gymkhana to dla mnie ta druga kategoria. Włączam te filmy do dziś i wciąż nie potrafię oderwać wzroku.
Ken Block opisywał siebie jako w połowie marketingowca, w połowie kierowcę rajdowego. Tę pierwszą połowę widać — są sponsorzy, są loga, są ujęcia liczone w storyboardzie co do klatki. Ale tu jest haczyk: żaden dział marketingu na świecie nie wymyśliłby tego co naprawdę robi te filmy wielkimi. Żaden brief nie zakłada że puścisz kierowcę bez pełnej klatki bezpieczeństwa driftem przy 160 km/h prosto w krawędź betonowej wylewki — bo akurat na tyle starczyło budżetu na pierwszą sesję. Żadna kampania nie przewiduje statku wycieczkowego który nagle wpływa w kadr i zmusza ekipę do wynajęcia barki w godzinę. Gymkhana była dopracowana co do detalu — i jednocześnie żyła właśnie z tego, że ciągle coś szło inaczej niż na papierze.



I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej, o której rzadko się mówi wprost. Block nie wynalazł nowego sposobu filmowania aut — on przeniósł do świata motoryzacji estetykę, którą znał z zupełnie innej dziedziny: z filmów deskorolkowych i snowboardowych. Zanim zaczął jeździć rajdowo, był współzałożycielem DC Shoes — marki butów dla skaterów. A filmy skaterskie rządzą się swoimi prawami: zero ujęć z trybun, zero komentatora tłumaczącego co się dzieje. Kamera jest blisko. Tak blisko, że słychać jak opona ociera o krawężnik, widać każdą drobinę dymu, czuć ciężar maszyny rzucanej bokiem. Bez słów. Sam obraz. To się nie ogląda — to się chłonie, przeżywa, niemal dotyka. Block sam nazwał swój styl jazdy „gymkhaną on steroids”. Ja bym dodał: gymkhaną nakręconą tak, jakby ktoś dał deskę z silnikiem dzieciakowi z Thrasher Magazine.

Zebrałem dla Was subiektywny ranking wszystkich dziesięciu odsłon serii. Ale zamiast tylko mówić który film mi się bardziej podoba, dorzuciłem coś co rzadko trafia do takich zestawień — co działo się za kamerą. Bo przy Gymkhanie za kamerą działo się równie dużo co przed nią. A czasem nawet więcej.
Zanim był format, była nuda na opuszczonym lotnisku
To jest moja ulubiona część całej tej historii, bo pokazuje że największe rzeczy rzadko zaczynają się od planu. Ken Block przygotował sobie auto na zawody gymkhany w lokalnej kalifornijskiej lidze — chciał po prostu nabić więcej kilometrów za kierownicą po tym jak w 2005 roku został zawodowym kierowcą rajdowym. Zawody odwołano, zanim auto było gotowe. Został więc z przygotowanym samochodem i bez miejsca żeby go użyć.
Więc wziął kamerę, pojechał na opuszczoną bazę piechoty morskiej w El Toro i postanowił się po prostu zabawić. Z tej zabawy wyszło cztery i pół minuty nagrania, które w listopadzie 2008 roku rozorało internet. Pamiętajcie w jakim świecie to się działo — YouTube miał trzy lata, nikt jeszcze nie wiedział że film w sieci może mieć większy zasięg niż reklama w telewizji. A tu nagle pojawia się Subaru Impreza WRX STi, 530 koni, palące gumę przy samej kamerze. Auto bez pełnej klatki bezpieczeństwa. Reżyser Matt Martelli wspominał czyste przerażenie w momencie gdy Block ruszył driftem przy 160 km/h, celując prosto w krawędź betonu. Gdyby auto się wywróciło, mogło się to skończyć tragicznie. To nie był stunt rozrysowany na kartce. To był człowiek który po prostu tak jeździ.
Miejsce 10 — Gymkhana #1: Ken Block Gymkhana Practice (2008)
Ostatnie miejsce, ale powiem to wyraźnie — bez cienia żalu. Jedynka jest jak pierwsze demo zespołu nagrane w garażu: słychać że to oni, słychać że będzie wielkie, ale produkcyjnie odstaje od wszystkiego co przyszło później. Brak konceptu, brak sponsorskich ujęć, montaż jeszcze szukający języka. I właśnie dlatego trzeba ją obejrzeć — żeby zrozumieć jak daleko zaszła ta seria. Bez jedynki nie docenicie dziesiątki. Ale postawić ją obok późniejszych odsłon? Nie ma szans.
Miejsce 9 — Gymkhana #3: Ultimate Playground, Francja (2010)
Trójka to dwa kamienie milowe naraz: pierwszy raz z Fordem i pierwszy raz poza Ameryką. Block wylądował na historycznym owalu Autodrome de Linas-Montlhéry pod Paryżem — torze ze stromym łukiem pochylonym pod 51 stopni. Scena, w której auto kręci bączki na tej pochyłości, weszła do popkultury na stałe.
Ale zapytajcie kogokolwiek o kulisy trójki, a usłyszycie ciszę — bo prawie nikt nie wie, ile tu poszło nie tak. Pierwotnie miało być Detroit. Władze miasta zastrzegły sobie jednak prawo do wstrzymania zdjęć w dowolnym momencie, bez podawania powodu — przy filmowym budżecie to ryzyko nie do udźwignięcia, więc ekipa spakowała się do Francji. A tam czekała druga niespodzianka: dostawca opon przywiózł wadliwą mieszankę gumy, która przy obciążeniach po prostu eksplodowała, rozrywając karoserię Fiesty. To właśnie ta katastrofa pchnęła Blocka w wieloletnie ramiona Toyo Tires. Czasem najlepsze partnerstwa rodzą się z rozsypanych po torze kawałków opony.
Kiedy reklama buta okazała się lepsza od filmu sportowego
Miejsce 8 — Gymkhana #2: The Infomercial (2009)
Druga część nie udawała czym jest — została wprost nazwana „infomercial”, reklamą, z pełną ekspozycją kolekcji DC Shoes. Port w Los Angeles, kontenery, rury, ciężki sprzęt. To tu deskorolkowe DNA Blocka wychodzi na wierzch najmocniej: surowe przemysłowe tło, bliskie kadry, montaż rodem z kasety VHS skaterów z lat 90.
I to właśnie ta „reklama buta” udowodniła całej branży coś, w co nikt wtedy nie wierzył — że YouTube bije telewizję na głowę. Ponad 50 milionów wyświetleń. Sponsorzy zobaczyli liczby i świat marketingu motoryzacyjnego już nigdy nie był taki sam. Dla mnie dwójka ma jeszcze jeden smaczek: to ostatni raz, obok jedynki, kiedy Block jeździ Subaru. Od trójki w górę są już tylko Fordy. Trochę mi tego Subaru szkoda — ale taka była cena wejścia na wyższy poziom.
Niedługo potem pojawiła się Gymkhana 2.1 (Block vs. Dyrdek). Jest to humorystyczne rozszerzenie/uzupełnienie poprzedniej odsłony. Pomysł jest genialny w swej prostocie – Rob Dyrdek wsiada do gokarta z karoserią stylizowaną na auto Kena i wspólnie kręcą bączki oraz dokonują różnych nieprawdopodobnych akrobacji.
Miejsce 7 — Gymkhana #9: Raw Industrial Playground (2016)
Dziewiątka miała powstać w Sydney. Australijskie władze odmówiły jednak pozwoleń, argumentując że produkcja „mogłaby promować hooliganizm na drogach publicznych” — i tak ekipa wylądowała w Buffalo w stanie Nowy Jork, gdzie dostała coś bezcennego: wolną rękę na postindustrialnych terenach stoczniowych.
Tutaj wrócił surowy duch pierwszych części. Ford Focus RS RX wyjęty wprost z World Rallycross — 600 koni, setka w dwie sekundy. I dwa ujęcia, na które patrzę z dłonią przy ustach za każdym razem: bączki z kołami wiszącymi centymetry nad krawędzią nabrzeża, prosto nad morską otchłanią. I drugie — Focus rzucony w poślizg prześlizguje się milimetry przed burtą przejeżdżającego pociągu towarowego. Tu nie ma mowy o drugim podejściu w razie pomyłki. Synchronizacja co do ułamka sekundy, zero marginesu. To jest dokładnie ta brutalna bezpośredniość, dla której się te filmy ogląda.
Era wielkiego rozmachu — pięć filmów, pięć światów
Miejsce 6 — Gymkhana #4: The Hollywood Megamercial (2011)
Czwórka to Gymkhana śmiejąca się sama z siebie. Plany Universal Studios w Los Angeles, pięć dni zdjęć, makiety z kultowych filmów: motel z „Psychozy”, rekin ze „Szczęk”, zegar z „Powrotu do przyszłości”. Eksplozje, statyści w kostiumach goryli, czołówka nawiązująca do Terminatora i Gwiezdnych Wojen. Pod maską Fiesta H.F.H.V. z modułowym układem, który dało się przestawić z konfiguracji WRC na gymkhanową w kilka godzin.
Czwórka jest świadomie przerysowana i to jest jej cały dowcip — to parodia własnego korporacyjnego sukcesu. Przyznam szczerze: trochę za dużo tu efekciarstwa jak na mój gust, lubię Gymkhanę bardziej surową. Ale jako żart serii z samej siebie — kapelusz z głowy. Niewiele jest produkcji motoryzacyjnych, które stać na taki przymrużone oko.
Miejsce 5 — Gymkhana #8: Ultimate Exotic Playground, Dubaj (2016)
Powiem to bez owijania: gdyby ranking był o samej lokalizacji, ósemka miażdży konkurencję. Reszta filmów dzieje się w miejscach albo przemysłowych, albo po prostu zwyczajnych. A tu? Dubaj. Petrodolary, blichtr, przepych. Block przedziera się pełną prędkością przez flotę policyjnych radiowozów, a wśród nich Bugatti Veyron, Lamborghini Aventador, Ferrari F12. Kręci bączki wokół Forda Raptora balansującego na dwóch kołach. Na fotelu pasażera siedzi żywy, dorosły gepard. A w finale auto dymi gumą tuż obok holowanego Boeinga 777 linii Emirates.
To wygląda jak film sensacyjny nakręcony na prywatne zlecenie szejka — i w gruncie rzeczy tak właśnie było. Fiesta ST RX43 w folii odbijającej światło, na tle fontann i złotych fasad. Gdyby ktoś przyniósł ten scenariusz do studia, wyśmialiby go za oderwanie od rzeczywistości. A jednak — wszystko prawdziwe, wszystko nakręcone. Dlaczego więc tylko piąte miejsce, skoro tak mnie to rozwala? Bo wizualny przepych to jedno, a serce Gymkhany to co innego. I cztery filmy mają go dla mnie po prostu więcej.
Miejsce 4 — Gymkhana #7: Wild in the Streets of Los Angeles (2014)
Siódemka to moment, w którym seria zrzuca skórę. Koniec z lekkimi rajdowymi Fiestami — wjeżdża HOONICORN. Klasyczny Mustang z 1965 roku jako karoseria, ale pod spodem zupełnie inny zwierz: napęd na cztery koła, wolnossący V8 od Roush Yates, 845 koni. Budżet siódemki sięgnął miliona dolarów, doszły drony i zdjęcia w 4K. A Block mógł potrenować tym potworem dosłownie pięć minut przed pierwszym klapsem — nie z brawury, po prostu auto było gotowe dokładnie wtedy, kiedy było gotowe.
I tu jest mój ulubiony szczegół: podczas sceny z bączkami wokół Randy’s Donuts — tego słynnego pączka na dachu budynku w LA — gigantyczne przeciążenia ukręciły i złamały centralny wał napędowy Mustanga. Hoonicorn był piękny i nieobliczalny w idealnie równych proporcjach. A na mecie, pod napisem HOLLYWOOD, poślizgom Blocka kibicował z szachownicą Jake Phelps — legendarny redaktor naczelny Thrasher Magazine. Pamiętacie skąd Block przyszedł? To nie był przypadkowy gość. To był ukłon w stronę całej deskorolkowej kultury, która ukształtowała ten styl.
Miejsce 3 — Gymkhana #6: Ultimate Gymkhana Grid Course (2013)
Po hollywoodzkim przepychu czwórki i piątki, szóstka robi rzecz odważną: mówi „dość fajerwerków” i wraca do czystej jazdy. Specjalnie zbudowany tor przeszkód z kontenerów i barier na pasie startowym w San Bernardino. Fiesta ST RX43, 600 koni, sekcje tak ciasne, że driftowanie obok wahadłowych kul wyburzeniowych zawieszonych na dźwigach przestaje być przenośnią — to dosłowny opis tego, co dzieje się na ekranie.

Szóstka to film, który rośnie z każdym kolejnym obejrzeniem. Za pierwszym razem może wydać się skromna — bez egzotyki, bez efektów. Ale kiedy wrócicie do niej po raz trzeci, zobaczycie to co ja: czystą, obnażoną umiejętność. Tu nie ma się za czym schować. Żadna sceneria nie odwraca uwagi od tego, jak ten człowiek prowadzi auto. Dla mnie to jeden z najmocniejszych dowodów, że Block nie potrzebował dekoracji, żeby zaprzeć dech.
Najwyższa półka — gdzie przypadek zamienia się w legendę
Miejsce 2 — Gymkhana #10: The Ultimate Tire Slaying Tour (2018)
Dziesiątka jest największa pod każdym możliwym względem — i właśnie ta wielkość spycha ją na drugie miejsce. Pięć lokalizacji, pięć aut, pięć światów. Luleå na zamarzniętym Bałtyku, opony zakute w kolce, a obok Blocka driftuje 17-letni wtedy Oliver Solberg. Detroit i Hoonicorn V2 — ten sam Mustang, ale dokręcono dwie turbiny wystające przez maskę i przesiadka na metanol podniosła moc z 845 do absurdalnych 1400 koni. Brukowane tunele Guanajuato w Meksyku. Los Angeles i Escort Cosworth z 1991 roku na gołych stalowych obręczach, sypiący fontannami pomarańczowych iskier w ciemnej hali. I finał w Teksasie — Hoonitruck, ciężarówka F-150 z silnikiem V6 wyjętym wprost z Forda GT klasy Le Mans.
Powstawanie dziesiątki było tak wykańczające, że Amazon nakręcił o tym osobny serial dokumentalny „The Gymkhana Files” — i ten dokument dostał trzy nominacje do Emmy. To jest film-pomnik, podsumowanie całej dekady. Każdy z pięciu segmentów osobno byłby świetnym, samodzielnym nagraniem.
I tu jest mój jedyny zarzut, ten który decyduje o drugim miejscu. Dziesiątka jest tak ogromna, że gdzieś po drodze gubi ludzką skalę. A Gymkhana dla mnie zawsze była opowieścią o jednym człowieku i jednym samochodzie. Tutaj jest ich pięć — i choć każdy robi wrażenie, brakuje mi tej intymności, tego poczucia że jadę z Blockiem w jednym aucie.
Miejsce 1 — Gymkhana #5: Ultimate Urban Playground, San Francisco (2012)
I jesteśmy na szczycie. 114 milionów wyświetleń, cztery dni zdjęć, całe dzielnice San Francisco zamknięte dla jednego człowieka. Zablokowany Bay Bridge. Fiesta H.F.H.V. wyrzucająca się od zera do setki w 1,8 sekundy. Pościgi po słynnych stromych ulicach, lecące w powietrze auto — jawny ukłon w stronę kultowej sceny z „Bullitt” z 1968 roku.
Ale wiecie co kocham w piątce najbardziej? Najlepsze ujęcia w tym filmie w ogóle nie były zaplanowane. Ekipa chciała kręcić finał na tle mostu w zatoce — i nagle w kadr wpłynął wielki statek wycieczkowy, psując całą kompozycję. Zamiast się poddać, w ciągu godziny wynajęto pobliską barkę, ustawiono na niej kamerę, i Block przejechał po jej wąskim, surowym pokładzie kołyszącym się na oceanie. To ujęcie weszło do kanonu serii. Powstało, bo coś poszło nie tak.
Jest tu jeszcze druga historia, jeszcze bardziej w duchu tego o czym pisałem na początku. Na plan przyjechał Travis Pastrana na motocyklu, z nogą w gipsie po świeżym złamaniu kostki na X Games. Scena zakładała, że Pastrana pojedzie wolno, a Block będzie kręcił wokół niego agresywne obroty. Tyle że Pastrana z chorą kostką nie mógł precyzyjnie kontrolować hamulca — pędził dużo szybciej niż w scenariuszu, zmuszając Blocka do karkołomnego pościgu w głębokim poślizgu. Na ekranie wygląda to jak baletowo zaplanowana choreografia. W rzeczywistości to czysta improwizacja dwóch wariatów dogadujących się w locie. A na Bay Bridge mignie Wam jeszcze Josh Kalis — zawodowy skater z teamu DC Shoes — robiący swoje tricki przed pędzącym autem. Znowu ten sam ukłon. Znowu deskorolkowe korzenie wyłażące spod asfaltu.
Dlatego właśnie piątka jest dla mnie numerem jeden. Nie dlatego że ma największy budżet czy najbardziej egzotyczne tło — tu wygrywa Dubaj, tu wygrywa dziesiątka. Piątka jest na szczycie, bo najlepiej ze wszystkich pokazuje, co Gymkhana robiła naprawdę genialnie: brała przypadek, chaos, złamaną kostkę i wpływający nie w porę statek — i zamieniała to wszystko w coś, czego nie dałoby się zaplanować nawet z nieskończonym budżetem. To jest ten surowy, bezpośredni, niemal namacalny obraz, dla którego pokochałem te filmy. Zobaczcie sami — i spróbujcie oderwać wzrok.
To dopiero początek
Gymkhana to dziesięć filmów — ale Ken Block nakręcił dużo więcej. Była Climbkhana, w której wspinał się ryczącym potworem na śmiertelnie niebezpieczne górskie serpentyny. Była Terrakhana, która zabrała drifting na pustynne wydmy. Była Electrikhana, w której usiadł za kierownicą elektrycznego prototypu i udowodnił, że nawet bez ryku silnika da się odebrać widzowi oddech. O tych produkcjach napiszę osobno — bo każda zasługuje na więcej niż akapit doklejony na końcu rankingu.

I jest jeszcze Travis Pastrana — ten sam, który gonił tu po San Francisco z nogą w gipsie. Po Blocku to właśnie on przejął gymkhanowego ducha najwierniej, a jego filmy powstały jeszcze za życia Kena. Polubiłem je naprawdę mocno i też dostaną swój osobny wpis. Bo ta historia wcale się nie skończyła.
* fotografia tytułowa pochodzi z zasobów Hoonigan Media.
