Nie jestem fanem Audi. Jak już, to bardziej BMW — i kto czyta ten blog dłużej, ten wie. Ale mam ogromny szacunek do każdej marki, która zostawiła swój ślad w motorsporcie, a Audi to bez dwóch zdań taka marka. Quattro, które wywróciło rajdy do góry nogami. Pięć cylindrów wyjących na amerykańskich torach. Diesel, który wygrał Le Mans, gdy wszyscy mówili, że się nie da.
Więc kiedy dowiedziałem się, że Audi zwozi część swojej kolekcji wyścigowej do Warszawy, do Hali Labo, plan ułożył się sam. Pierwszy dzień wakacji, troje dzieci, pociąg do Warszawy i z powrotem tego samego dnia. Wyjazd, który mało zobowiązuje — szybki wypad bez wielkich oczekiwań. Jechałem właściwie po jedno auto.
Po co tam w ogóle jechałem
Powiem wprost: gdyby nie strefa Heritage, pewnie bym sobie odpuścił. Bo mój stosunek do tego, co Audi wyprawia dzisiaj w motorsporcie, jest co najmniej chłodny. W skrócie: marka pozamykała wszystko — DTM, Formułę E, program Hypercar, plany powrotu do Le Mans — żeby postawić wszystkie żetony na jednym stole, czyli na wejściu do Formuły 1 z przejętym zespołem Sauber. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to skok na największą i najbogatszą scenę motorsportu, kosztem wszystkiego, co marka budowała latami gdzie indziej.
Do tego doszła druga rzecz. W tym sezonie Formuła 1 przestała mnie interesować. Nie z dnia na dzień — to się tliło od dawna, ale nowe regulacje 2026 dołożyły do bolidów dokładnie to, czego nie znoszę: konieczność zarządzania energią z baterii. Królowa motorsportu zaczęła przypominać Formułę E na sterydach. Ironia polega na tym, że jadąc obejrzeć kwalifikacje, jechałem oglądać coś, co świadomie przestałem oglądać w domu.





Bilet, dla porządku: 99 zł za dorosłego za jeden dzień, dzieci taniej (do siedmiu lat za darmo). Niemało. Ale o tym, czy było warto, później — bo akurat ta cena ma swoją cichą zaletę.
Dwa powody, dla których kibicuję Audi w F1 (mimo wszystko)
Żeby nie było, że jadę tam tylko marudzić. Bo są dwie rzeczy w tym projekcie, które naprawdę mi się podobają.
Pierwsza to malowanie. Tytanowo-srebrny lakier przełamany czerwienią, minimalizm, czysty kontrast — w stawce, w której większość bolidów krzyczy kolorami, ten jest cichy i właśnie przez to się wyróżnia. Wielu kibicom się nie podoba. Mnie zachwyca. To jedno z nielicznych oklejeń ostatnich lat, na które po prostu chce się patrzeć.

Druga rzecz jest bardziej osobista. Audi nie buduje tego zespołu od zera — przejęło Sauber. A Sauber to dla polskiego kibica nazwa, która coś znaczy. Najpierw BMW Sauber z Robertem Kubicą za kierownicą, potem ten sam zespół jako Alfa Romeo Orlen F1 Team — znowu z polskim sponsorem i znowu z Robertem. Ta sama hala w Hinwil, ta sama linia ciągnąca się przez lata. Nie ufam strategii Audi, ale mam słabość do tego konkretnego garażu. Bo akurat ten garaż ma w sobie kawałek naszej historii.
Showroom, na którym mogłoby się dla mnie skończyć
A potem wszedłem do środka i właściwie mogłem już wyjść. Bo to, po co przyjechałem, stało tam w komplecie.
Strefa Heritage to było serce całego festiwalu — przynajmniej dla mnie. Pięć aut, które opowiadają całą historię Audi Sport w jednym pomieszczeniu, od Group B po pustynię. Audi Sport quattro S1 — ta sama rajdówka, którą Hannu Mikkola i jego pilot Arne Hertz jeździli po świecie (egzemplarz nosił numer 1 i ich nazwiska na drzwiach). Audi 90 quattro IMSA-GTO z 1989 roku, pięciocylindrowy potwór o mocy 530 kW (720 KM), za którego kierownicą siadali między innymi Hans-Joachim Stuck, Walter Röhrl i Hurley Haywood — a sam Stuck wygrał nim w tamtym sezonie aż siedem wyścigów.








I dwa auta z Le Mans, oba z numerem 7 na nadwoziu. Srebrne R8 LMP — z naklejkami załogi Christian Abt / Michele Alboreto / Rinaldo Capello na osłonie kokpitu. To właśnie ten egzemplarz wjechał na trzecie miejsce podczas debiutu R8 w 2000 roku — w wyścigu, w którym Audi zgarnęło na podium wszystkie trzy miejsca, a samo zwycięstwo przypadło siostrzanemu autu Bieli, Kristensena i Pirro. Napędzał go V8 z turbodoładowaniem i bezpośrednim wtryskiem FSI, około 610 KM. Obok stało R18 e-tron quattro z załogą Fässler / Lotterer / Tréluyer — hybrydowy prototyp ze szkoły aut, które dały marce pierwsze zwycięstwo w Le Mans z napędem hybrydowym w 2012 roku.









Ale gwiazdą — i dla mnie, i dla dzieci — był ten, na którego najbardziej czekałem (i bynajmniej nie był to bolid F1, choć zdjęcie u góry tego wpisu może sugerować inaczej).
Frankenstein na żywo
Audi RS Q e-tron — zwycięzca Rajdu Dakar. To auto zasługuje u mnie na osobną, długą historię i kiedyś taką dostanie — bo trudno o lepszego bohatera. Za jego kierownicą Carlos Sainz senior, w wieku 61 lat, z pilotem Lucasem Cruzem dał Audi pierwsze w historii zwycięstwo w Dakarze — i było to czwarte dakarowe zwycięstwo samego Sainza, z czwartą różną marką. Elektryk, który wozi własną spalinową elektrownię, bo na pustyni nie ma gdzie ładować: dwa silniki MGU05, akumulator około 52 kWh, konwerter energii z dwulitrowym turbo TFSI, 286 kW (389 KM). Powstało ich w sumie dwanaście, ze wszystkich generacji z lat 2022–2024. Dla siebie nazywam go Frankensteinem — potworem złożonym z prochów programów, które Audi samo wcześniej pozabijało. I właśnie po to przede wszystkim przyjechałem: żeby zobaczyć go z bliska.
Bo znać to auto z papieru to jedno, a stanąć obok — drugie. Z bliska jest jeszcze dziwniejsze niż na zdjęciach — te pomarańczowe felgi, ta nieterenowa, futurystyczna sylwetka, ten ogrom. Mogę nie zgadzać się z tym, dlaczego powstało i jak je potem porzucono, a i tak nie potrafiłem oderwać od niego wzroku. Dzieciaki zresztą tak samo — to przy nim spędziliśmy najwięcej czasu.














I tu wielki plus organizacji: auta po prostu stały. Niby „nie dotykać”, ale w praktyce nikt nikogo nie odganiał. Dzieci zaglądały pod spody, w zakamarki, do wnętrza kokpitów. Wszystko tak blisko, tak namacalne — i to było naprawdę super. To nie był showroom za sznurkiem. To był warsztat, do którego wpuszczono ciekawskich.
Wielcy nieobecni — tylko na ścianie
I tu robi się gorzko. Bo na ścianie wisiał ładny timeline: DTM, Le Mans, Formuła E. Dwanaście tytułów kierowców w DTM, sześć producenta, osiem zespołowych. Czternaście zwycięstw i czterdzieści siedem podiów w Formule E. Wszystko opisane, oprawione, podświetlone.
Tyle że DTM i Formuła E były na tym festiwalu wyłącznie tekstem na banerze. Ani jednego fizycznego auta. Rajdówki z lat 80. i prototypy z Le Mans stały żywe, dotykalne, można było pod nie zajrzeć — a programy, które Audi zamknęło najpóźniej, czyli te najbliższe mojemu sercu, istniały już tylko jako historia opowiedziana na planszy. W czasie przeszłym. To chyba najlepsza, choć niezamierzona, ilustracja tego, o co mam do Audi żal.


A jednak, jeśli się dobrze przyjrzeć, oba te programy były na festiwalu — tyle że pod inną postacią. Bo elektryczne silniki MGU05 i spalinowy generator w stojącym kilka metrów dalej RS Q e-tron to bezpośredni spadek po Formule E i DTM. Pustynny Frankenstein wozi w sobie organy obu zabitych serii — i tylko w tej formie dało się je na tym festiwalu zobaczyć na żywo.
Strefa RS — i jeden tuner, który wciąż ściga się naprawdę
Cywilne RS-y interesowały mnie dużo mniej, co nikogo chyba nie zdziwi. Fajne było to, że można było do nich wsiąść — znowu to namacalne obcowanie, którego nie da żaden salon. Córka rozsiadła się za kierownicą z uśmiechem od ucha do ucha, ja też się przejechałem — wzrokiem.
Bo akurat to auto złapało mnie naprawdę, i nie była to zwykła RS 3, tylko ABT RS 3-R — limitowana wersja od ABT, z dumnym „1 OF 125” na progu. I nie chodziło nawet o samo auto, tylko o logo na masce. ABT. Szanuję tego tunera bardziej niż większość — nie za sam tuning, ale za to, że przez lata realnie się ścigał. DTM, Formuła E z Audi, a potem Formuła E już samodzielnie, pod własną flagą. W świecie, w którym Audi pozamykało swoje programy, jego partner od dekad wciąż jest w grze. To powiedziało mi więcej niż cała ściana z tytułami.






Strefa F1 — dokładnie tyle, ile się spodziewałem
Bolid w barwach Audi Revolut F1 Team stał na obrotowej platformie i robił dokładnie to, co miał robić. Nie był to prawdziwy, aktualny bolid — to widać choćby po kształcie bocznych wlotów. Pewnie pokazowe, robocze nadwozie, to samo, na którym Audi prezentowało swoje malowanie. Ale do pokazania barw i sylwetki tegorocznych bolidów w zupełności wystarczył. A barwy, jak już pisałem, robią robotę.












I tu naszło mnie wspomnienie. Prawie dwadzieścia lat temu pojechałem na BMW Sauber Pit Lane Park w Warszawie, żeby zobaczyć „bolid Kubicy” — pisałem o tym kiedyś na blogu. Wtedy byłem rozemocjonowany jak dzieciak, dziś jestem mocno zdystansowany — a jednak coś się nie zmieniło. Bo to wciąż jest ta sama Formuła 1, której w pewien sposób można dotknąć, stanąć obok niej i poczuć skalę. I choć dziś patrzę na nią chłodniej, ten dreszcz przy stojącym na wyciągnięcie ręki bolidzie jest dokładnie taki sam jak dwie dekady temu.
Obejrzeliśmy razem końcówkę pierwszej części kwalifikacji GP Austrii na wielkim ekranie. Dzieciaki pokucały chwilę, popatrzyły — i się znudziły. I tu podjąłem najprostszą decyzję dnia. Chciałem, żeby ten wyjazd był też dla nich, a nie tylko dla mnie — więc odpuściłem resztę kwalifikacji bez cienia żalu i wyszliśmy na dwór. W trybie ojca to żaden kompromis. To po prostu właściwa kolejność rzeczy.



Tryb ojca, czyli to, o czym fan łatwo zapomina
Na dworze było po trzydzieści parę stopni, więc największym hitem okazały się… mgiełki wodne. Serio. Zaraz po nich — stacja zmiany koła, gdzie można było podnieść oponę (poczuć ten ciężar!), nałożyć ją i przykręcić wiertarką na czas. Atrakcja dla dzieci, ale przyznaję bez bicia — dla mnie też. Były symulatory, ale do nich ustawiła się solidna kolejka, więc w trybie ojca trzeba było je odpuścić. Trudno. Następnym razem.
I tu rzecz, o której fan jadący „po auta” łatwo zapomina: leżaki, lody, przerwa na przekąskę, malowanie tatuaży na rękach. Dla dzieci to nie są dodatki — to są filary całego dnia. Burger i frytki zjedzone na leżaku w cieniu brzóz, a do tego lody na deser, potrafią zaważyć na ocenie wyjazdu bardziej niż niejeden zwycięzca Le Mans. A ja nauczyłem się już dawno, żeby tego nie lekceważyć.









Strefa Fanów — TT RS kontra „zielone”
Na koniec strefa, w której swoje auta wystawili sami fani — i był to całkiem zróżnicowany zlot, nie marketingowy dodatek. Zielony R8 V10. Czerwone TT w szerokiej stylizacji. Mocno modyfikowane szare TT RS na czerwonych zaciskach i karbonowym splitterze. Para klasyków: czarne S2 i czerwona „osiemdziesiątka” z lat 90. Był nawet konkurs na najciekawsze Audi.
Moim faworytem było TT RS — za tę agresywną, ale nie przesadzoną robotę, za czerwone zaciski, za to całe DNA Audi Sport zaklęte w małym coupe. Mój syn miał inny typ. Dla niego najlepsze były… zielone. I to jest, jak sądzę, idealny obraz różnicy między tym, jak patrzy na auta dorosły fan, a jak patrzy na nie siedmiolatek. Ja widzę szerokie błotniki i hamulce. On widzi kolor. Obaj mamy rację.






Czy było warto? Zapytałem najlepszych recenzentów
Festiwal organizacyjnie był zrobiony całkiem porządnie. Nie było tłumów — co dla mnie ważne. I tu wraca ta cena biletu: niemała, owszem, ale przynajmniej kupiła spokój i przestrzeń, bez przepychania się łokciami. Trzy godziny na miejscu to nawet trochę za dużo na zwiedzenie z dziećmi. Dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem — i, co ważne, nic ponad to mi nie było potrzebne.
Ale po takim wyjeździe zawsze próbuję wyczuć, czy dzieciom się podobało. Czasem nie mówią wprost, trzeba je pociągnąć za język — a odpowiedzi bywają najlepszą recenzją, jaką można dostać. Zapytałem więc każde z nich po kolei, co podobało im się najbardziej:
- Michał (9 lat): najbardziej mgiełka wodna. A zaraz potem stare auta — zwłaszcza to, które wygrało Le Mans i było „bez dachu”.
- Kacper (7 lat): też mgiełka. A potem wszystkie stare auta — no, może poza tym z numerem 1.
- Wiktoria (5 lat): tatuaże i malowanie na ręce. A z aut te stare, a najbardziej to, które wygrało na pustyni.
Uwielbiam te odpowiedzi, bo są tak dziecięco szczere. Mgiełka pokonała zwycięzcę Le Mans. Rajdowe Audi Sport quattro S1 z numerem 1 — dla mnie jedna z ikon całej strefy — u Kacpra z jakiegoś powodu wypadło z łask. A pustynny Frankenstein — ten, po którego sam przyjechałem — trafił do serca pięciolatki okrężną drogą, przez stolik z tatuażami i malowanymi wzorami na rękach.
Wracaliśmy zadowoleni. Ja, bo zobaczyłem ciekawe auta, w tym tego potwora z Dakaru, na czym zależało mi najbardziej. Dzieci, bo była to wyprawa pełna atrakcji — także tych najbardziej przyziemnych. Bo lody w towarzystwie auta, które wygrało Le Mans, smakują po prostu dużo lepiej.

